• 21/06/14 prywatnie , wizerunek po męsku , jej życie ze stylistką

    Z rodziną w tle

    Jakiś czas temu namówiłam swojego męża do pisania felietonów, które są publikowane w magazynie Furelle. Poczytajcie, zachęcam. 🙂
    xxx
    Człowiek w mojej postaci, od czasu do czasu, ma ambicjonalne
    zrywy i pragnie zmierzyć się z rodzicielstwem totalnym. 
    Stąd to właśnie biorą
    się tak brawurowe pomysły jak wspólny wypad z rodziną na zakupy. Nie o zakupy
    elementarne tu chodzi, bo takie towary jak mleko, masło, pieluchy i 3 kilogramy ziemniaków, osobnik potencjalnie taki jak ja może bezpiecznie kupować bez
    wsparcia, tudzież nadzoru. A czemu? A temu, że ziemniak to ziemniak, masło to
    masło, a pieluchy to po prostu pieluchy. Po prostu. Zero ryzyka zawalenia
    zadania.
    Zakupy w rodzinnej asyście to sprawa bez wątpienia
    interesująca, ale  i dwuznaczna. Kwestia
    podejścia. Bo może nam/mi się wydawać, że to głupi pomysł. Dzieci nie
    pomagają, nawet przeszkadzają. Uciekają, chcą sikać, pić, sikać i pić, jeść. To
    rozprasza. A nad butami to się trzeba zastanowić. Obejrzeć, dotknąć,
    skalkulować i najprawdopodobniej nie kupić albo kupić. Fest niekomfortowa
    sytuacja.
    Jeśli jednak założymy/założę, że familijna eskapada na
    sklepy jest przygodą i osobliwą zabawą, to samopoczucie po wyjściu z galerii
    handlowej wcale nie musi być zdruzgotane. Gonitwa za permanentnie uciekającą
    młodzieżą przez małe m zamienia się w ganianego. Chichot ucieczkowiczów
    bezcenny. Na upartego elementy chowanego też mają miejsce, bo i dziecko zniknąć
    pośród regałów potrafi, i my te dzieci odnaleźć musimy. Chichot znalezionych
    bezcenny, a jakże. Przerwa na jadło na życzenie dziatwy to
    problem, którego nie ma. Otóż, największą bolączką żywienia dzieci jest ich
    powszechna niechęć do jedzenia w porze jedzenia. Tymczasem czar i magia zabawy
    w murach galerianych sprawia, że to dziecko wzywa do posiłku. Takie cuda tylko
    na zakupach z rodziną. A że siku? Przecież każdy czasem musi. Z fizjologią
    nie wygrasz.

    Dwa różne podejścia, ta sama sytuacja, różnica kolosalna.
    Aha, pardon… Jest jedna nieróżnica – nie kupujemy/nie kupuję butów.

    Maciek Szczęch
    Łowcy.B

    2 Responses
    Z rodziną w tle
  • 18/06/14 prywatnie , styl

    YSL

    Yves Saint Laurent. Mówi się o nim ostatnio. Znowu. A wszystko za sprawą filmu, a w zasadzie dwóch filmów, z których jeden jest już dostępny do obejrzenia w kinach, a drugi będzie dopiero za jakiś czas, wkrótce. Czekam na niego z wielką ciekawością i niecierpliwością (i nadzieją dodam), bo pierwszy…

    …bo pierwszy był dla mnie rozczarowaniem. Owszem, estetycznie i muzycznie to bardzo ładny film, jednak będąc miłośniczką wielkiej mody czułam niedosyt. Historia głównie opowiada o relacji projektanta i jego partnera. W niezrozumiały sposób obrazuje tło wydarzeń, w których przyszło mu tworzyć, a przecież to szalenie ważne w życiu każdego artysty. Sama istota projektowania i jej wyjątkowość została zepchnięta na plan dalszy. Nie chciałam strzępów biografii, ale talentu. Mówi się, że Chanel wyzwoliła kobiety, ale to Yves Saint Laurent dał nam władzę, co dostrzegam w jego projektach. Jednak w samym filmie było to zbyt mało czytelne. Czekałam na haute couture, a nie otrzymałam nawet jej namiastki. Bardzo szkoda. 
    Ktoś popolemizuje?
    Na dowód tego, jak bardzo lubię projektanta… 
    W roku 2010 wysłałam się “w delegację” do Paryża. Poleciałam specjalnie na wystawę wybranych 300 modeli YSL, które zaznaczyły swój ślad w historii światowej mody. Koncept męsko-damski, damski smoking, wysoka talia spodni, cuissardes (kozaki z wysoką cholewką za kolano) i wiele, wiele innych. Warto było zobaczyć to na własne oczy! Wciąż myślę o tamtych dniach z wypiekami na twarzy. 🙂  
    Przed Petit Palais, w której miała miejsce wystawa.
    Też musiałam odstać swoje w tej kolejce! 
    Na wystawie nie mogło zabraknąć motywu Mondriana…
    i mojej ulubionej wersji sukni ślubnej. 

     Ach, te obowiązki “pracowe”… 😉 Lubię je!

    No Responses
    YSL
  • 04/02/14 kolory , prywatnie , wizerunek po męsku

    Kolor, jaki jest, każdy widzi.

    Wciąż nie mogę w to uwierzyć, ale udało mi się namówić mojego męża do pisania felietonów dla Magazynu Furelle. W związku z tym, że pozostaje on w tematach okołowizerunkowych pozwalam sobie na publikację także w tym miejscu. 
    Kolor, jaki jest, każdy widzi.
    Oczywiście, że oczywiście. No bo przecież chyba cała
    ludzkość jest zgodna co do tego, że brzuchy sikorek są żółte. Gołym okiem
    widać. I chłopięta, i dziewczęta wiedzą, jakiego koloru płachta działa na byka.
    To co wiedzą, widzą oczyma swymi. Oto szarżujący byczko i wijąca się przed jego
    ślepiami czerwona narzutka pana torreadora, dostojnie i zamaszyście zdarta z
    ramion tegoż.
    Przykłady można by mnożyć.
    Zmierzam do tego, że ogólnoświatowe ustalenia w tej kwestii wydawały się być
    niezmiennie nietknięte. Niebo i migdały niebieskie, trawa i szkoła zielone,
    słońce i febra żółte, rzeczywistość statystycznie szara, a oczy czarne jak
    smoła zresztą. Takie kolorowe status quo.
    I co? Psińco. Przejrzysta i klarowna paleta barw mojego
    świata okazała się być lichutkim pudełeczkiem farbek plakatowych dla dzieci z
    klas od 1 do 3. Sprzymierzone siły świata mody i sztuki przenajwyższej zadęły w
    trąby i popłynęła muzyka gmatwająca mój żywot dozgonnie. Świat ni stąd, ni
    zowąd przestał się mienić kolorami kredek z piórników. Tęcza na miarę
    dzisiejszych czasów lśni burgundem przechodzącym w koral. Następnie raczy nas
    kanarkowym ciemniejącym ku butelkowemu. Tuż obok, niczym ser, dojrzewa lazur,
    na którym wyrasta kolor chabrowy. Całość przewspaniale swoją fiołkowatością
    dopełnia ametystowy.
    Niestety, na końcu tęczy nie ma skrzata z wiadrem dukatów z
    litego złota. Ale to nic. Czeka tam moja miła. Ma wyciągnięte w moją stronę
    dłonie. Jedną chce mnie złapać za rękę i przeprowadzić na drugą stronę tęczy.
    Po co wyciąga tę drugą łapkę?… A tak… Już wiem… Ma mnie za skrzata.

    Maciek Szczęch
    Łowcy.B
    2 Responses
    Kolor, jaki jest, każdy widzi.
  • 03/02/14 prywatnie

    Moja przygoda z Furelle

    Od dawna nie jest tajemnicą, że Furelle jest częścią mojego życia zawodowego. Wspominałam o tym już niejednokrotnie. W sobotę 1. lutego miało miejsce oficjalne otwarcie showroom’u marki w Silesii. W związku z tym dużo nowości. Między innymi – Magazyn Furelle. Nie mam jeszcze jego elektronicznej wersji, ale dysonuję wywiadem, którego udzieliłam i chętnie go tutaj zacytuję.

    Furelle: Jak to się stało, że
    znalazłaś się w projekcie
    Furelle?
    Tatiana Szczęch: Izę – twórczynie i
    właścicielkę marki – poznałam
    w maju tamtego roku. Spotkałyśmy się, żeby omówić szczegóły
    szkolenia z
    autoprezentacji, które miałam współprowadzić. Nasza rozmowa
    szybko jednak
    zeszła na tematy poboczne, choć w kontekście tego wywiadu trudno
    je tak nazwać. Iza
    pokazała mi
    bransoletki sygnowane marką Furelle, które  zachwyciły mnie od pierwszego
    wejrzenia i
    dotyku. Nieśmiało wspomniała też o prototypach płaszczy. Wysoka
    jakość wełny, proste,
    klasyczne kroje, ale w ciekawych kolorach sprawiły, że
    przepadłam.  Od tego
    pierwszego kontaktu z Izą byłam
    przekonana, że Furelle jest skazane na sukces. To  nie mogło się nie udać.
    Dopingowałam Izie i
    jej projektowi. Potem była „płaszczowa” sesja zdjęciowa… i
    Furelle nabrało
    rozpędu.

    Płaszczowa kolekcja jesień/zima

    Photo:Tomasz Knapik
    Model: Monika Młodawska
    Stylist: Tatiana Szczęch
    MuA&Hair: Zoya Zielińska

    A tutaj kulisy sesji:

    F: Czy jest w tym projekcie
    coś nietypowego?
    T.Sz.: To, co najbardziej wyróżnia
    Furelle spośród
    innych to krótkie linie produkcyjne. Owszem model bywa
    powielany, ale w innym
    materiale, kolorze, z delikatnymi modyfikacjami  i dzięki temu wydaje się być
    nowością. Żadna kobieta nie lubi spotykać koleżanki w płaszczu,
    który
    sama nosi. Z Furelle prawdopodobieństwo takiej sytuacji jest
    maksymalnie minimalizowane.
    Oczywiście wyłączam z rankingu wszelkie miarowe szycia.
    Poza tym, Furelle to nie
    tylko marka
    odzieżowa. To projekt, którego rozmiaru nikt nie zna i nie jest
    w stanie
    przewidzieć.  Wszystko
    dzięki otwartość
    Izy na pomysły i sugestie innych. Myślę, że w tym tkwi wielka
    siła marki, która
    wciąż się zmienia i ewoluuje. To, co mnie w niej pociąga to
    element niespodzianki, która kryje się tuż za rogiem. Nie
    wiadomo, kto jeszcze dołączy
    do projektu i jakiego kształtu dzięki temu on nabierze. Wierzę
    jednak, że
    zawsze będą to kroki w przód.
    F: Do kogo projekt Furelle
    jest kierowany?

    T.Sz.: Ze względu na
    wykonywany zawód
    patrzę na rzeczy oferowane na rynku nie tylko przez swój
    pryzmat, ale także swoich
    klientów, w tym przypadku klientek, które „ubieram” i stylizuję,
    którym pomagam
    w procesie kreowania wizerunku. Każda z tych kobiet jest inna,
    ma inne oczekiwania,
    inny styl bycia i życia, ale też każda chce wyglądać ciekawie i
    inspirująco. Od
    momentu otwarcia showroomu Furelle zawsze udawało mi się znaleźć
    tam coś
    interesującego  dla
    każdej nich.

    Stawiam znak
    równości pomiędzy
    Furelle a wysmakowaną elegancją, minimalizmem i stylem z
    najwyższej półki. Mniej
    znaczy więcej i znajduje to swoje cudowne odzwierciedlenie w
    kolekcji Izy. Mnie
    osobiście cieczy to bardzo, ponieważ mało takich miejsc, gdzie
    motywem
    przewodnim jest prostota w jej czystej formie. Ubiór nie może
    być przebraniem,
    które zwraca większą uwagę niż to, co mamy do powiedzenia.
    Dlatego właśnie, myślę, że Furelle sprosta oczekiwaniom
    świadomych siebie kobiet, które bywają bardzo wymagające.

    F: W jakim kierunku projekt
    powinien ewoluować?
    T.Sz.: To bardzo trudne pytanie i
    odpowiem szczerze,
    że nie wiem. Kolekcja jest piękna. Jednak
    w związku z tym, że Furelle to nie tylko ubrania, ale projekt,
    który ma się realizować wokół nich, spodziewam się
    niespodzianek, o których wspominałam już
    wcześniej. Jego przyszłość to wielka niewiadoma. Wszystko będzie
    zależało o
    tego, kto stanie na drodze Izy i co z tego wyniknie. Kto wie,
    może za jakiś czas  działania marki będą kierowane nie tylko do
    kobiet…

    F: Czy Ty jesteś kobietą
    Furelle?

    T.Sz.: Absolutnie
    utożsamiam się z
    marką Furelle. Odnajduję w niej siebie i to, czego szukam.
    Uwielbiam rzeczy
    proste i doceniam dobrą jakość. Kolekcja doskonale nadaje się
    do
    stworzenia bezkompromisowej bazy ubraniowej. To lubię. A
    jeszcze bardziej lubię, kiedy oprócz fasonów i kolorów mogę
    porozmawiać z innymi na tematy wszelakie, a zapowiedzi
    wydarzeń typu wernisaż dobrze rokują.
    Na koniec jeszcze kilka fotek z otwarcia showroomu:
    Iza Święs – twórczyni i właścicielka marki Furelle
    Marta Zdanowicz – menedżerka Furelle
    No Responses
    Moja przygoda z Furelle
  • 01/01/14 prywatnie

    Życzenia noworoczne

    Tym razem przemówię – w pełni tego słowa znaczeniu. 🙂

    W sobotę 28-ego byłam gościem Radia Katowice. Tematem spotkania były stroje sylwestrowo-karnawałowe oraz zasady etykiety obowiązującej na balach, imprezach klubowych czy domówkach. Rozmowa trwała niemal godzinę, więc uznałam, że umieszczę tu tylko jej fragment. W ostatnich minutach audycji składałam słuchaczom życzenia noworoczne. Kieruję je do Was wszystkich. 🙂 Zapraszam do wysłuchania fragmentu audycji:

    No Responses
  • 24/12/13 prywatnie , wydarzenia

    Gwiazdki z nieba…

    …i jeszcze odwagi w sięganiu po nią!

    No Responses
  • 23/10/13 kolory , prywatnie

    Magda, miłość i rak – i coś jeszcze

    Młyn. Sypiam po trzy, cztery godziny dziennie. I tak wciąż nie jestem na bieżąco. I tak wciąż spóźniam się z tysiącem spraw. Najbardziej żal mi tego, że tak mało czytam – ja, niegdyś mól książkowy…
    Historię Magdy Prokopowicz znałam od dawna. Kiedyś przypadkiem obejrzałam w telewizji dokument na jej temat, później trafiłam na artykuł w “Zwierciadle”. W sobotę wzięłam do ręki książkę “Magda, miłość i rak” Aliny Mrowińskiej i przepadłam. Jeśli nie znacie jej bohaterki – tym bardziej polecam. Mnie jednak ujął pewien fragment, który chciałabym Wam dziś zacytować. Dedykuję go wszystkim, którzy mają wątpliwości co do tego, czy wygląd ma znaczenie. Pozwólcie…
    “Dzisiaj każdy paznokieć pomalowałam na inny kolor, założyłam srebrne trampki, różowe spodnie, bordową bluzkę i fioletowo-zielony płaszcz. Buntuję się przeciwko pokutującemu wizerunkowi chorej na raka – łysa, smutna, ubrana na szaroburo. Im bardziej jestem chora, tym kolorowiej się ubieram. Kolory dodają mi siły. Mają w sobie jakąś moc uzdrawiania. To, co na siebie zakładam, jak się maluję, wyzwala we mnie energię i pewność siebie. Nowa szminka, lakier do paznokci, sukienka – naprawdę mogą pomóc. Rano przed podwójną mastektomią zrobiłam sobie pełny makijaż, paznokcie pomalowałam na czerwono. Kiedy mam chemioterapię, noszę okulary z ładnymi oprawkami, żeby zatuszować brak brwi i rzęs. Choroba nowotworowa nigdy nie trwa tydzień, zawsze jest to kilka miesięcy, a bywa, że i lat. Oprócz tego, że mamy raka, nadal jesteśmy kobietami i mamy prawo pięknie wyglądać, uśmiechać się, delektować życiem. Często słyszę od innych chorych kobiet, że dopiero teraz, kiedy zachorowały, odnalazły swoją kobiecość, znacznie bardziej o siebie dbają, pozwalają sobie na to i czerpią z tego radość.”
    Szkoda, że wiele kobiet, a tak naprawdę mężczyzn także, potrzebuje wstrząsu wręcz, żeby bardziej zaopiekować się sobą. Tak, mam też na myśli wygląd zewnętrzny. 
    2 Responses
1 2 3 4 5 6