Jej życie ze stylistką

czerwiec 15, 2015
czerwiec 15, 2015

Jej życie ze stylistką

Przygód sesjowych mamy na swoim koncie całe mnóstwo. Oczywiście więcej ja niż Ida, bo wykonuję ten zawód od lat 10, ona – zaledwie od listopada. Oto jedna z naszych wspólnych historii. Ida wzięła sprawę w swoje ręce.

. . .
Ida Kasprzyk – moja asystentka,
na synergicznym blogu
autorka cyklu „Jej życie ze stylistką”
Stylistka bardzo często przygotowuje ubrania do sesji zdjęciowych. I podczas takiej sesji zdarza się, że coś na modelce trzaśnie, pęknie (wiadomo, one tylko na zdjęciach są szczupłe), rozerwie się na atomy albo zostanie poplamione ketchupem i topionym serem ze zbilansowanego dietetycznego posiłku zamówionego w przerwie sesji przez zleceniodawcę. Co wtedy? Wtedy bida. Bardzo trudno jest wmówić sklepowi, który wypożyczył nam ciuchy, że ich klienci będą się ustawiali w kolejce po unikatową białą bluzeczkę ozdobioną przez znaną osobistość ze świata mody niepowtarzalnym wzorem w kształcie Barbados.
Nam zdarzyło się, że ciuch bardzo znanej marki zyskał na przewiewności po tym, kiedy okazało się nieoczekiwanie, że metal jest mocniejszy od bawełny a dopasowywanie koszuli do modela za pomocą agrafki tylko na pozór jest sposobem bez wad.
Cóż było robić? Wpadłam na pomysł, żeby zawieźć ciuch do punktu cerowania artystycznego. Naprawionego wprawdzie nie zawieziemy do sklepu, ale może wykorzystamy przynajmniej w innej sesji, zamiast wyrzucić.
Plan był taki: a. zawieźć do punktu usługowego, b. odebrać po tygodniu zrobione.
Realizacja planu wyglądała tak:
Zawiozłam. Nie do punktu, ale do prywatnego mieszkania, bo tam też można było oddawać rzeczy do cerowania. Miła starsza pani przejęła fant i dała sobie wytłumaczyć, żeby jednak nie kłaść go w starej szafie na wspólnym korytarzu w bloku, bo – mimo że dziurawy – przedstawia sobą pewną wartość. Niestety wysoką.
Po kilku dniach zadzwoniłam z pytaniem, kiedy mogę odebrać szmatkę, ale dowiedziałam się, że pani jeszcze nie obejrzała, a w ogóle to nie do końca pamięta, która to.
Po tygodniu do pani przyjechali goście z zagranicy i sama rozumiem, że ona jest zagoniona i nie ma teraz czasu na robotę.
Po dwóch tygodniach fatalnie zacięła się w palec. Krew tryska, tłumy mdleją, trzeba artystce cerowania dać czas na rekonwalescencję.
Nie muszę mówić, że straciłam już nadzieję na szybkie załatwienie sprawy, tym niemniej ciągle tliła się we mnie nadzieja na załatwienie sprawy jakiekolwiek.
Po trzech tygodniach w pani, dotąd pewnej swoich umiejętności, zaczęły się rodzić wątpliwości, czy podoła. Musiałam dać jej czas do zastanowienia, rozumiecie. Czasu dałam sporo.
Kiedy w końcu zadzwoniłam, wcześniej przed lustrem przećwiczywszy groźny ton i różne kategoryczne stwierdzenia, odebrała wyjątkowo jakaś inna pani, młodsza i miła, i powiedziała, że nie ma sprawy, rzecz jest prosta do zrobienia, mam się nie kłopotać i przyjechać za kilka dni po odbiór.  Schowałam do kieszeni pogróżki i sarkazm i umówiłam się na konkretny dzień.
Dzień ów – jak można się spodziewać –nadszedł. Dzwonię do domofonu. W mieszkaniu ktoś jest, ale ta osoba nie może wydać mi ubrania. Bo nie. Bo ona nie wie, co tu jest, gdzie tu jest i w ogóle nie czuje się upoważniona. Proszę ją, żeby skontaktowała się z Panią Starszą albo Panią Miłą i wyjaśniła sprawę, bo nie po to fatyguję się do innego miasta po rzecz, na którą czekam już dobre dwa miesiące, żeby teraz pocałować klamkę. Odbywam pod tym domofonem zylion nieodebranych połączeń na komórkę do Pani Starszej i – tadam – uroczyście całuję klamkę, częstując ją przy okazji słowami cierpkimi i nienadającymi się do publikacji.
Ostatecznie udaje mi się wymóc na Paniach Cerujących wysyłkę pocztą. Wprawdzie prosiłam o nią dwa razy, bo za pierwszym pani zapisała mój adres i zgubiła, nie zaprzątając sobie głowy, żeby mnie o tym powiadomić.
Na koniec całej historii dostałam jeszcze grożące straszliwymi konsekwencjami wezwanie do zapłaty 30 złotych za usługę wraz z wysyłką, ponieważ w ferworze zdarzeń nie puściłam od razu przelewu. Wezwanie było wysłane na niemoje imię i niemoje nazwisko. Adres, o dziwo, się zgadzał.

. . .

Tyle w kwestii jednej koszuli. Praca stylisty – lekka, łatwa i przyjemna. 😉
c.d.n.
życie ze stylistką
Share: / / /

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwa