Jej życie ze stylistką

listopad 19, 2015
Ci, którzy śledzą mój blog, wiedzą, że czasem oddaję głos mojej asystentce. Tym razem Ida pisze o sesjach zdjęciowych.

 . . .

Foto: Artur Nyk
Sesja zdjęciowa. Krew, pot, łzy i jeszcze trochę potu. Jeśli chodzi o sesje zdjęciowe, rządzą nimi cztery żelazne zasady:
1. Nie zacznie się wtedy, kiedy ma się zacząć.
2. Skończy się co najmniej 3 h później niż planujemy.
3.Wystąpią jakieś nieprzewidziane okoliczności, którym trzeba będzie stawić czoła.
4. Do jedzenia będzie pizza. Pizza przyjedzie w momencie, kiedy wszyscy będą już chcieli pozjadać się nawzajem.
Żeby doszło do sesji zdjęciowej, trzeba odpowiednio wcześnie zebrać niezbędną ekipę i umówić ją na konkretny dzień. Jeśli dzwonimy do każdego z osobna, podajemy datę i godzinę, a oni kolejno odpowiadają „świetnie, pasuje mi, zapisuję w kalendarzu”, należy czym prędzej się obudzić.
W rzeczywistości fotograf BYĆ MOŻE (u fotografów to kluczowe sformułowanie) będzie wtedy na sesji w Sewilli, makijażystka nie może w soboty, bo wtedy maluje śluby, a fryzjerka ma nie tę zmianę, a zleceniodawcy bardzo zależy na czasie i najchętniej chciałby jutro.
Po zylionie telefonów dochodzimy do kompromisu, czyli takiego stanu, że mamy wspólny termin i wszyscy są niezadowoleni. Wpisujemy w kalendarz. Oddychamy głęboko. Kiedy na tydzień przed sesją dzwonimy, żeby się przypomnieć:
a. Modelka leży złożona grypą (nie zmienimy jej na inną, bo ta ma największy biust w okolicy, a nie mamy funduszy na watę do wypchania miseczki G tak, żeby pasowała na B),
b. fryzjerka dziwi się, że podajemy datę inną niż sobie zapisała,
c. zleceniodawca nie wie, czy skończy szyć kolekcję, która ma być głównym punktem programu,
d. fotograf nie odbiera, bo jest w Sewilli.
Czym zajmuje się stylistka podczas sesji? Niby proste, musi przygotować jakieś ciuchy, w których modele będą dobrze wyglądać. Szkopuł w tym, że często nie widziała tych modeli wcześniej na oczy. Spróbujcie zrobić seksbombę z sąsiadki z piątego, wiedząc tylko, że na ogół nosi rozmiar M.
Oprócz tego stylistka musi być przygotowana na wszystko, co się z tymi ciuchami wiąże. Na to, że w trakcie sesji zmieni się koncepcja, więc najlepiej mieć przygotowanych kilka różnych stylizacji. Że coś będzie za luźne i trzeba będzie to zgrabnie spiąć z tyłu – tak żeby patrzący się nie zorientowali. Że będzie za ciasne i trzeba się będzie modlić, żeby nie trzasnęło. Że trzeba podkleić kartonem i taśmą nowe, pożyczone buty, bo inaczej się zniszczą. Coś trzeba przeprasować. Coś pociąć na kawałki (tak, tak, zdarzało się…).
Przydarzyło mi się kiedyś podczas sesji plenerowej, że fotograf zażądał agrafki. W trybie pilnym. Coś tam się rozchełstywało, nie można było tego tak zostawić.
– Oczywiście, zaraz przyniosę – odpowiedziałam tonem swobodnym, mimo że agrafki nie miałam, i oddaliłam się w spontanicznie wybranym kierunku, w duchu klnąc na siebie i swoje nieprzygotowanie. Zdecydowanie powinnam była mieć. Po 10 minutach przybyłam triumfalnie z dwiema agrafkami w dłoni. Tu serdecznie pozdrawiam mieszkańców dzielnicy Gliwice-Zatorze, zwłaszcza tych, którzy życzliwie wysłuchali przez domofon moich gorączkowych próśb o użyczenie sprzętu, nawet jeśli ich motywacją było „nie zadzieraj z wariatami”.
. . .
sesje zdjęciowe , życie ze stylistką
Share: / / /

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwa