Wyjście

kwiecień 30, 2020

Felieton Maćka.B, znaczy męża mego.

“Weź, ubierz się jakoś, przecież tak nie pójdziesz”, “Załóż cokolwiek, tylko nie to”.

Spuszczam głowę, zaciskam zęby, żeby nie palnąć czegoś, czego gorzko pożałuję. Zdobywam się jedynie na ledwo słyszalne “…rwaaa” i idę wściekły do szafy.

Patrzę na tę swoją garderobianą treść i w głowę zachodzę, co znaczy “cokolwiek, tylko nie to”. Większość ubrań mógłbym tak określić. “Cokolwiek” zawsze było dla mnie synonimem “czegokolwiek”, a to w dużym skrócie można określić jako “byle co”, “na co masz ochotę”, tudzież “masz wolną rękę”. Wiem, że dobrze rozumiem słowa do mnie skierowane, jednak uczucia im towarzyszące nie są adekwatne. Jest za to poczucie presji i potrzeba zadowolenia osoby, której pomimo ewidentnej bliskości się nie rozumie. To tak jak z czeskim językiem. Rozumiemy go, ale tylko na niby. No więc patrzę tępo na poskładane w kostkę galoty i zwisające z wieszaków koszule i bluzy.

Z dołu dobiega głos: “No idziesz?!” Dusza w odpowiedzi odszczekuje zuchwale: “Nie drzyj się! Szukam, a Ty tam czekaj!”. Usta nie cwaniakują, odpowiadają za to uspokajająco: “Już, już, coś tam znalazłem. Już idę”. Oczami nerwowo i szybko wodzę po garderobie. Jaka bluza? Może koszula? Które spodnie? Czasu jest mało! Za mało już! Impulsywnie łapię, wedle zaleceń zresztą, cokolwiek. Zakładam.

Pozornie spokojny idę na dół, do drzwi, kropla potu leniwie spływa wzdłuż pulsującej na skroni żyły. “OK, możemy jechać” powiadam łagodnie. Ona nic na to. Za to mina robi robotę. Czytam ją i odczytuję: “ Serio pomyślałeś, że w tym ze mną pojedziesz?! Taa, na pewno”! 

Koniec przygody! Nigdzie nie jadę. Sama sobie idź do tego lasu!

Maciek Szczęch

Łowcy.B

prywatnie , styl , życie ze stylistką
Share: / / /

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwa