• 11/12/18 prywatnie , styl , wizerunek po męsku , jej życie ze stylistką

    Butki

    Nadużywanie zdrobnień, zwłaszcza w świecie słów mówionych, wzbudza dosyć powszechną irytację. Ja też dawno temu zapisałem się do niepisanej grupy ludzi, których to pato-zjawisko nieco drażni w przysadkę (sic!) mózgową. Najbardziej bezczelne są te zdrobnienia, które podstępnie i niepostrzeżenie wśliznęły się do słownika słów „normalnych”, jak gdyby nigdy nic. Taka kromka chleba, wiecznie młoda pajda, kurde balans. Pralka, pralinka, na szyi malinka. Przykłady można mnożyć. Skala zjawiska przeraża. Tajna grupa leksykalnych sabotażystów w zdecydowanym natarciu. Działają bezpardonowo, ludzi chipują. Moją żonę też dorwali. 

    Do rzeczy. Ta moja żona, taka poukładana, tak genialnie zorganizowana, optymalnie wykorzystująca dany jej czas, dzwoni od czasu do czasu z pytaniem, czy przypadkiem nie jadę tam gdzie ona akurat jest. Oczywiście bez presji, absolutnie niezobowiązująco zagaja o te botki, które leżą w torbie przy drzwiach. Mówi coś o wygodzie i o tym jak by jej to pomogło mieć te botki teraz. Chcę Ją poprawić i poprawiam pomijając osobiste zdanie na temat zdrobnień. Nie mówi się „botki”, mówi się „butki”. Ona idzie w zaparte, tłumaczy, że w torbie są botki. Patrzę na drzwi i rzeczywiście, coś przy nich leży. Zaglądam do torby i widzę damskie buty. Wcale nie słodziutkie, w ogóle nie milusie, ani nie malutkie. Nie butki, bu-ty. Jeszcze raz wyprowadzam Ją z błędu z tym „o” zamiast „u”. Oprócz tego uczciwie informuję, że wg mnie są to buty. Ona o dziwo przyznaje mi rację, dodając „Botki to też buty”. Nie można było tak od razu?

    Maciek Szczęch

    Łowcy.B

    No Responses
    Butki
  • 21/12/15 biznes , dress code , HR Polska , styl , wydarzenia , jej życie ze stylistką

    Niech moc ubioru będzie z Wami!

    Tekst powstał dla HR Polska. Tym razem o pomoc poprosiłam Idę, której autorstwa jest pierwsza część artykułu.

    Niech moc ubioru będzie z Wami!
    Sweter z reniferem czy biała koszula? Mała czarna czy może raczej czerwona? Krawat czy poszetka? Brokat czy welur? Zbliżają się Święta, a wraz z nimi – spotkania w gronie rodziny, przyjaciół, współpracowników. Te ostatnie, w zależności od kultury organizacyjnej firmy, mogą mieć swobodny albo bardziej oficjalny charakter. Taki też powinien być nasz świąteczny strój – zawsze adekwatny do sytuacji i przyjętej konwencji. 
    Okiem przymrużonym, czyli elegancja niejedno ma imię
    Kiedy dopala się ostatni zaduszkowy znicz, a listopadowe liście ciągle jeszcze wirują w powietrzu, razem z liśćmi zaczynają sypać się zaproszenia na przeróżne wydarzenia okołoświąteczne. Wśród nich poczesne miejsce zajmują wszelkiego rodzaju wigilie Wigilii – poczynając od korporacyjnej fety, poprzez składkowe opłatki w klubie szachowym, na jasełkach w przedszkolu kończąc. 
    Każda okazja – mniej i bardziej uroczysta – daje nam zawsze sposobność do wyróżnienia się na tle innych. Osobną kwestią jest to, czy naprawdę zależy nam na tym, żeby się wyróżnić. 
    Wyobraźmy sobie, że zaczynamy pracę w nowej firmie i dostajemy zaproszenie na składkową wigilię. Proszę bardzo! Pora, żeby zabłysnąć! Nie wiadomo, czy bardziej błyszczy nasza suknia ze złotej lamy z głębokim dekoltem na plecach, brokatowa etola czy płonące bliny z karpiem w sosie estragonowym przygotowane na kolację. Wiadomo za to, że tło zajadających marketowe uszka kolegów w dżinsach i sweterkach  z reniferkiem może okazać się dla nas zbyt dramatycznym kontrastem. Od niechcenia rzucone „a wiecie, wisiało z brzegu szafy, to narzuciłam szybko, żeby się nie spóźnić na autobus” może nie poprawić naszej sytuacji.
    A jeśli jesteśmy egzemplarzem, który całe życie spędził w rurkach i T-shircie? Przecież nie będziemy przesadzać, wokół sami swoi, zresztą i tak nie mamy nic innego. Nie będziemy z siebie robić małpy, wybieramy po prostu niepodarte spodnie i prasujemy koszulkę. Tak wyelegantowani lądujemy wśród trzyczęściowych garniturów,  jedwabnych krawatów i obłoków wody kolońskiej tak gęstych, że osiadają nam rosą na nadruku „keep calm and kill zombies”. To, że nadruk wyprasowany, jakoś zeszło na dalszy plan. Niestety, czynione naprędce próby ukręcenia krawata z bordowej serwety misternie ułożonej przed nami w łabądka nie przynoszą zamierzonego efektu bez wcześniejszych ćwiczeń.
    Złoty środek. Dobry research. Tylko i aż tyle, żeby nie wspominać takiej wigilii dużo dłużej niż na to zasługiwała.
    Okiem profesjonalistki, czyli dobre rozpoznanie
    O napisanie pierwszej części tego artykułu poprosiłam tym razem moją asystentkę Idę Kasprzyk. Ida spojrzała na temat świątecznych stylizacji przymrużonym okiem, ja tymczasem pochylę się nad nim z lupą stylistki. 
    Jestem pewna, że każdy z nas ma na swoim koncie takie momenty, kiedy czuł się mocno niedopasowany do sytuacji i otoczenia. Przed nami okres, który bardzo sprzyja takim wpadkom. Świąteczny czas jest nie tylko odczuwalny w centrach handlowych czy naszych domach, jeśli o to zadbamy, ale także w środowisku pracy, gdzie już wkrótce będziemy zapraszani na tzw. spotkania opłatkowe. Mają one zupełnie inny charakter niż wszystkie inne integracyjne imprezy i w związku z tym wymagają innej oprawy – ze względu na swój zawód, mam na myśli tę wizerunkową.
    W zależności od kodu ubioru, który obowiązuje nas na co dzień, miewamy różne podejścia do tematu. „Białe kołnierzyki” cieszą się, że wreszcie zrzucą swoje mundurki i uniformy i zaprezentują się w nieco innej odsłonie. Zwykle wciąż formalnej, ale z dużą dozą swobody w stosunku do tego, co zwykle. Kobiety wybierają odważniejsze kolory,  a mężczyźni chowają swoje krawaty. Inaczej sprawa wygląda w firmach, gdzie w zwykły roboczy dzień nie obowiązuje elegancja. Wtedy wigilia Wigilii staje się świetną okazją, by pokazać się z nowej lepszej strony.  Pracownicy takich firm zwykle stawiają na sportową elegancję. Trudno zdefiniować jednoznacznie, jak powinniśmy prezentować się na tego typu spotkaniach czy wydarzeniach. Jeśli nie ma, a zwykle nie ma, ściśle wyznaczonych ram, co powinniśmy, a czego absolutnie nie – warto o tym rozmawiać. Jak wspomniała Ida – rozpoznanie to jedyne słuszne rozwiązanie. Jeśli jest to nasze pierwsze spotkanie opłatkowe w danej firmie, zapytajmy życzliwej nam osoby, jakie obowiązywały zasady ubioru w ubiegłych latach i przede wszystkim – jak był ubrany szef czy szefowa lub członkowie zarządu. Są to bowiem te osoby, które dyktują warunki i wyznaczają charakter i styl spotkań. Jeśli zarządzający nie dbają szczególnie o swój wygląd przy okazji wydarzenia, jakim jest firmowa wigilijka, znaczy to, że i od nas nie wymaga się czegoś wyjątkowego. Sprawa ma się inaczej, kiedy najważniejsze osoby w firmie występują w strojach galowych. Dla pracowników powinien to być jasny komunikat, jakiego wizerunku oczekuje się od nich.
    Okiem wnikliwym, czyli jak znaleźć złoty środek
    Spotkania opłatkowe dają nam wreszcie szansę, żeby się pokazać. Przede wszystkim mamy dużą dowolność kolorystyczną, a po drugie, to chyba jedyna taka okazja, kiedy w środowisku pracy wypada nam błyszczeć, w dosłownym tego słowa znaczeniu. 
    Chyba nie wyobrażamy sobie Bożego Narodzenia innego niż zielono-czerwono-złote, czasem jeszcze ze szczyptą srebra. Może firmowe spotkanie świąteczne to idealna okazja, żeby wreszcie pokazać się światu w czerwonej lub zielonej sukience? Nie musi ona być wyjątkowo wytworna, resztę zrobią dodatki. Moje skrzywienie zawodowe nie pozwala mi jednak nie zwrócić uwagi na to, żeby dbać o odpowiednie tonacje. Chłodnym typom urody polecam wybierać chłodne odcienie kolorów i analogicznie – ciepłym ciepłe. Kiedy mamy wątpliwości co do zgodności temperatury naszego ubrania z naszą urodą, stawiajmy na odpowiednie dodatki, które wychłodzą lub ocieplą barwy stroju. Chłodne typy wybierają srebro, a ciepłe – złoto. Zasady te są naprawdę proste, a mają ogromny wpływ na efekt ostateczny. A komu nie zależy na tym, by dobrze wyglądać? Nikt nie chce podkreślać niedoskonałości cery czy zmęczenia, a tak właśnie się dzieje, kiedy stosujemy nieodpowiednią dla siebie kolorystykę.
    W przypadku panów sprawa staje się ciut bardziej skomplikowana, ponieważ mamy tu pewne ograniczenia dotyczące wykorzystania elementów biżuteryjnych. Najważniejsze jest to, co przy twarzy. Absolutnie nie wolno pomylić się co do koloru koszuli. Najbardziej elegancką jest biała, ale odcieni bieli jest bardzo wiele i ta najzimniejsza lodowa rzadko któremu panu o słowiańskiej, delikatnej urodzie pasuje. Lepszym rozwiązaniem byłaby biała koszula w odcieniu mleka lub śmietany. Krawat nie jest obowiązkowy, ale jeśli z niego rezygnujemy, warto zastanowić się, co w zamian. Polecam poszetki, czyli chusteczki, które wkładamy do piersiowej kieszonki marynarki często mylnie nazywanej butonierką. Drodzy moi, butonierka to dziurka w klapie marynarki, a kieszonka nazywa się brustasza. Poszetki dają ogromne możliwości wizerunkowe, tym bardziej, że oferta rynkowa w tym zakresie staje się coraz bogatsza. Zwracam też uwagę, że poszetki nigdy nie nosimy w komplecikach z krawatem – w sensie tego samego materiału, koloru i faktury. Tak, jak kobiety wykazują się swoją wyobraźnią w doborze biżuterii, tak i panowie mogą i powinni puścić wodze fantazji i „poszaleć”, wybierając dla siebie poszetki. Może z okazji świąt granatowa w zielone reniferki? Nawet w bardzo eleganckich firmach, myślę, że doceniono by ten delikatny żarcik. Sprawa ma się już zupełnie inaczej, kiedy mężczyźni pojawiają się na spotkaniach w krawatach z dużym bałwanem. Chyba, że obrana konwencja jest taka, że wszyscy robią wszystko, żeby było śmiesznie….  
    Jedno jest pewne – spotkania opłatkowe to wyjątkowa kategoria firmowych wydarzeń. W tym przypadku nie ma złotych zasad, choć powiedziałabym, że istnieje złoty środek, którym jest  rozmowa ze współpracownikami i ustalenie wspólnie, jaki kod ubioru będzie nasz wszystkich obowiązywał. 
    Okiem życzliwym, czyli samych udanych stylizacji
    Dobre rozpoznanie. Złoty środek. Najważniejsze jednak, żeby czuć się swobodnie i spędzić w gronie koleżanek i kolegów z pracy miłe świąteczne chwile. Ważne, żeby strój nam w tym pomagał, a nie przeszkadzał, pozostał tłem, a nie głównym punktem programu. 

    Na nadchodzące święta i kolejny rok życzę Czytelnikom samych udanych stylizacji.
    Niech biurowy dress code będzie nie tylko zbiorem zasad, ale również inspiracją do tego, by pokazywać się od najlepszej strony.
    Bądźcie w swoich modowych wyborach profesjonalistami, nie zapominając przy tym, że moda, także ta w pracy, może być przygodą.
    Życzę Wam szaf, w których spotykają się minimalizm z fantazją.
    Ubiorów w kolorze i ze smakiem.
    Niech Was zawsze dobrze widzą i dobrze piszą!

    Artykuł dostępny także tutaj.

    No Responses
    Niech moc ubioru będzie z Wami!
  • 19/11/15 sesje zdjęciowe , jej życie ze stylistką

    Jej życie ze stylistką

    Ci, którzy śledzą mój blog, wiedzą, że czasem oddaję głos mojej asystentce. Tym razem Ida pisze o sesjach zdjęciowych. 
    . . . 
    Foto: Artur Nyk
    Sesja zdjęciowa. Krew, pot, łzy i jeszcze trochę potu. Jeśli chodzi o sesje zdjęciowe, rządzą nimi cztery żelazne zasady:
    1. Nie zacznie się wtedy, kiedy ma się zacząć.
    2. Skończy się co najmniej 3 h później niż planujemy.
    3.Wystąpią jakieś nieprzewidziane okoliczności, którym trzeba będzie stawić czoła.
    4. Do jedzenia będzie pizza. Pizza przyjedzie w momencie, kiedy wszyscy będą już chcieli pozjadać się nawzajem.
    Żeby doszło do sesji zdjęciowej, trzeba odpowiednio wcześnie zebrać niezbędną ekipę i umówić ją na konkretny dzień. Jeśli dzwonimy do każdego z osobna, podajemy datę i godzinę, a oni kolejno odpowiadają „świetnie, pasuje mi, zapisuję w kalendarzu”, należy czym prędzej się obudzić.
    W rzeczywistości fotograf BYĆ MOŻE (u fotografów to kluczowe sformułowanie) będzie wtedy na sesji w Sewilli, makijażystka nie może w soboty, bo wtedy maluje śluby, a fryzjerka ma nie tę zmianę, a zleceniodawcy bardzo zależy na czasie i najchętniej chciałby jutro.
    Po zylionie telefonów dochodzimy do kompromisu, czyli takiego stanu, że mamy wspólny termin i wszyscy są niezadowoleni. Wpisujemy w kalendarz. Oddychamy głęboko. Kiedy na tydzień przed sesją dzwonimy, żeby się przypomnieć:
    a. Modelka leży złożona grypą (nie zmienimy jej na inną, bo ta ma największy biust w okolicy, a nie mamy funduszy na watę do wypchania miseczki G tak, żeby pasowała na B),
    b. fryzjerka dziwi się, że podajemy datę inną niż sobie zapisała,
    c. zleceniodawca nie wie, czy skończy szyć kolekcję, która ma być głównym punktem programu,
    d. fotograf nie odbiera, bo jest w Sewilli.
    Czym zajmuje się stylistka podczas sesji? Niby proste, musi przygotować jakieś ciuchy, w których modele będą dobrze wyglądać. Szkopuł w tym, że często nie widziała tych modeli wcześniej na oczy. Spróbujcie zrobić seksbombę z sąsiadki z piątego, wiedząc tylko, że na ogół nosi rozmiar M.
    Oprócz tego stylistka musi być przygotowana na wszystko, co się z tymi ciuchami wiąże. Na to, że w trakcie sesji zmieni się koncepcja, więc najlepiej mieć przygotowanych kilka różnych stylizacji. Że coś będzie za luźne i trzeba będzie to zgrabnie spiąć z tyłu – tak żeby patrzący się nie zorientowali. Że będzie za ciasne i trzeba się będzie modlić, żeby nie trzasnęło. Że trzeba podkleić kartonem i taśmą nowe, pożyczone buty, bo inaczej się zniszczą. Coś trzeba przeprasować. Coś pociąć na kawałki (tak, tak, zdarzało się…).
    Przydarzyło mi się kiedyś podczas sesji plenerowej, że fotograf zażądał agrafki. W trybie pilnym. Coś tam się rozchełstywało, nie można było tego tak zostawić.
    – Oczywiście, zaraz przyniosę – odpowiedziałam tonem swobodnym, mimo że agrafki nie miałam, i oddaliłam się w spontanicznie wybranym kierunku, w duchu klnąc na siebie i swoje nieprzygotowanie. Zdecydowanie powinnam była mieć. Po 10 minutach przybyłam triumfalnie z dwiema agrafkami w dłoni. Tu serdecznie pozdrawiam mieszkańców dzielnicy Gliwice-Zatorze, zwłaszcza tych, którzy życzliwie wysłuchali przez domofon moich gorączkowych próśb o użyczenie sprzętu, nawet jeśli ich motywacją było „nie zadzieraj z wariatami”.
    . . .
    No Responses
    Jej życie ze stylistką
  • 09/10/15 kolory , jej życie ze stylistką

    Jej życie ze stylistką

    Ida, moja asystentka, i jej odpowiedź na pytanie, na czym polega analiza kolorystyczna. Jak zawsze z dużą dawką dobrego humoru.
    . . .
    Istnieje powszechnie dostępna wiedza, że są kolory, które nam pasują i takie, które nam nie pasują. Wiedza o tym, JAKIE  są to kolory, niestety nie jest powszechnie dostępna.
    W każdym razie nie radzę utożsamiać ich z kolorami, które lubimy i kolorami, których nie lubimy, bo połowie obecnych wyjdzie, że najlepiej wyglądają w czarnym. Błąd. W czarnym najlepiej wygląda pantera, pod warunkiem, że nie jest to różowa pantera, bo wtedy wyłażą jej cienie pod oczami.
    Ja sama zażyczyłam sobie analizy kolorystycznej u Tatiany w ramach prezentu urodzinowego. Co zainspirowało mnie do przyjścia? – spytała Tatiana. Cóż, jak nie nadzieja, że na świecie istnieją barwy, które skrócą mi nos, zagęszczą włosy, wybielą zęby i wyostrzą wzrok?  W odpowiedzi zapewne pominęłam milczeniem „nadzieję” jako zbyt rozpaczliwą i zamieniłam ją na „ciekawość”. I w ogóle jakoś ją zawoalowałam.
    Przy analizie kolorystycznej obwiązują człowieka pod szyją chustami, jak w restauracji, i tłumaczą mu różne rzeczy, na przykład, że w tym błękicie, którego od lat intensywnie unika, wygląda jak milion dolców, natomiast w tamtej żółci jak milion dolców, który przepadł na podatki. Tłumaczą, ponieważ człowiek sam tego na ogół wcale nie widzi, przynajmniej na początku. Chust jest, całe szczęście, sto, dlatego co bystrzejsi mają szansę gdzieś przy sześćdziesiątej zacząć chwytać zasadę. Cała reszta liczy na to, że mu powiedzą, beztrosko wyznając, że kompletnie tego nie czuje i ślepo ufa w diagnozę stylistki-kolorystki (ta beztroska mija wtedy, kiedy przypominamy sobie swoje niegdysiejsze wyznanie podczas rozmowy kwalifikacyjnej na stanowisko asystentki stylistki. Ale, umówmy się, casus ten dotyczy nielicznych).
    Podobno mężczyźni mają dużo mniejszą wrażliwość na kolory i rozróżniają jedynie barwy podstawowe. Nie potwierdzam: każdy mężczyzna podczas analizy kolorystycznej krzywi się z niesmakiem, kiedy ma na sobie róż. Zjawisko zaobserwowano przy wszystkich odcieniach różu, od łososiowego, poprzez róż indyjski, aż po fuksję. Czy to wymaga komentarza?
    . . .
    c.d.n.
    No Responses
  • 15/06/15 jej życie ze stylistką

    Jej życie ze stylistką

    Przygód sesjowych mamy na swoim koncie całe mnóstwo. Oczywiście więcej ja niż Ida, bo wykonuję ten zawód od lat 10, ona – zaledwie od listopada. Oto jedna z naszych wspólnych historii. Ida wzięła sprawę w swoje ręce.
    . . .
    Ida Kasprzyk – moja asystentka,
    na synergicznym blogu
    autorka cyklu “Jej życie ze stylistką”
    Stylistka bardzo często przygotowuje ubrania do sesji zdjęciowych. I podczas takiej sesji zdarza się, że coś na modelce trzaśnie, pęknie (wiadomo, one tylko na zdjęciach są szczupłe), rozerwie się na atomy albo zostanie poplamione ketchupem i topionym serem ze zbilansowanego dietetycznego posiłku zamówionego w przerwie sesji przez zleceniodawcę. Co wtedy? Wtedy bida. Bardzo trudno jest wmówić sklepowi, który wypożyczył nam ciuchy, że ich klienci będą się ustawiali w kolejce po unikatową białą bluzeczkę ozdobioną przez znaną osobistość ze świata mody niepowtarzalnym wzorem w kształcie Barbados. 
    Nam zdarzyło się, że ciuch bardzo znanej marki zyskał na przewiewności po tym, kiedy okazało się nieoczekiwanie, że metal jest mocniejszy od bawełny a dopasowywanie koszuli do modela za pomocą agrafki tylko na pozór jest sposobem bez wad.
    Cóż było robić? Wpadłam na pomysł, żeby zawieźć ciuch do punktu cerowania artystycznego. Naprawionego wprawdzie nie zawieziemy do sklepu, ale może wykorzystamy przynajmniej w innej sesji, zamiast wyrzucić. 
    Plan był taki: a. zawieźć do punktu usługowego, b. odebrać po tygodniu zrobione.
    Realizacja planu wyglądała tak:
    Zawiozłam. Nie do punktu, ale do prywatnego mieszkania, bo tam też można było oddawać rzeczy do cerowania. Miła starsza pani przejęła fant i dała sobie wytłumaczyć, żeby jednak nie kłaść go w starej szafie na wspólnym korytarzu w bloku, bo – mimo że dziurawy – przedstawia sobą pewną wartość. Niestety wysoką.
    Po kilku dniach zadzwoniłam z pytaniem, kiedy mogę odebrać szmatkę, ale dowiedziałam się, że pani jeszcze nie obejrzała, a w ogóle to nie do końca pamięta, która to. 
    Po tygodniu do pani przyjechali goście z zagranicy i sama rozumiem, że ona jest zagoniona i nie ma teraz czasu na robotę.
    Po dwóch tygodniach fatalnie zacięła się w palec. Krew tryska, tłumy mdleją, trzeba artystce cerowania dać czas na rekonwalescencję.
    Nie muszę mówić, że straciłam już nadzieję na szybkie załatwienie sprawy, tym niemniej ciągle tliła się we mnie nadzieja na załatwienie sprawy jakiekolwiek. 
    Po trzech tygodniach w pani, dotąd pewnej swoich umiejętności, zaczęły się rodzić wątpliwości, czy podoła. Musiałam dać jej czas do zastanowienia, rozumiecie. Czasu dałam sporo.
    Kiedy w końcu zadzwoniłam, wcześniej przed lustrem przećwiczywszy groźny ton i różne kategoryczne stwierdzenia, odebrała wyjątkowo jakaś inna pani, młodsza i miła, i powiedziała, że nie ma sprawy, rzecz jest prosta do zrobienia, mam się nie kłopotać i przyjechać za kilka dni po odbiór.  Schowałam do kieszeni pogróżki i sarkazm i umówiłam się na konkretny dzień.
    Dzień ów – jak można się spodziewać –nadszedł. Dzwonię do domofonu. W mieszkaniu ktoś jest, ale ta osoba nie może wydać mi ubrania. Bo nie. Bo ona nie wie, co tu jest, gdzie tu jest i w ogóle nie czuje się upoważniona. Proszę ją, żeby skontaktowała się z Panią Starszą albo Panią Miłą i wyjaśniła sprawę, bo nie po to fatyguję się do innego miasta po rzecz, na którą czekam już dobre dwa miesiące, żeby teraz pocałować klamkę. Odbywam pod tym domofonem zylion nieodebranych połączeń na komórkę do Pani Starszej i – tadam – uroczyście całuję klamkę, częstując ją przy okazji słowami cierpkimi i nienadającymi się do publikacji. 
    Ostatecznie udaje mi się wymóc na Paniach Cerujących wysyłkę pocztą. Wprawdzie prosiłam o nią dwa razy, bo za pierwszym pani zapisała mój adres i zgubiła, nie zaprzątając sobie głowy, żeby mnie o tym powiadomić.
    Na koniec całej historii dostałam jeszcze grożące straszliwymi konsekwencjami wezwanie do zapłaty 30 złotych za usługę wraz z wysyłką, ponieważ w ferworze zdarzeń nie puściłam od razu przelewu. Wezwanie było wysłane na niemoje imię i niemoje nazwisko. Adres, o dziwo, się zgadzał.
    . . .

    Tyle w kwestii jednej koszuli. Praca stylisty – lekka, łatwa i przyjemna. 😉
    c.d.n.
    No Responses
  • 19/03/15 styl , jej życie ze stylistką

    Jej życie ze stylistką

    Kolejny odcinek Idowego spojrzenia na naszą pracę. I nie tylko. Tym razem bardziej to drugie.
    . . .
    No dobrze, znamy się już trochę. Czas na wstydliwe wyznania: 
    Gubię się. Pal sześć zagubienie egzystencjalne, chaos myśli i niepanowanie nad czasem – ja się gubię zupełnie po prostu, na drodze.
    Stylistka, przyjmując mnie do pracy, pytała, czy jestem mobilna. A jakże! Mam ręce i nogi, świetnie nimi ruszam. Mam też samochód, uroczą półciężarówkę zdolną zmieścić kontener ciuchów i jeszcze manekina na czubku. Nie mam tylko tego czegoś, co pozwala mi trafić na miejsce. I nie chodzi o samotną sosnę na skraju opuszczonego jaru, o której nawet Hołowczyc zapomniał. Chodzi o jakiekolwiek miejsce, dowolny punkt na mapie. 
    Kiedyś myślałam, że to przez to, że jestem leworęczna. Wiecie, leworęczni mają trudniej, bo w półkulach im się poprzestawiało i nie są normalni. Niestety, wyczytałam o leworęcznych, że ze względu na dominację prawej półkuli mają świetną orientację w terenie. Coś jak pociski samonaprowadzające. Pfff. W takim razie chwała Bogu, że jestem mańkutem, może gdyby dominowała u mnie ta druga półkula miałabym problem ze znalezieniem wyjścia z windy.
    Stosuję wszystkie możliwe protezy moich niedomogów. Pierwszą z nich jest mój mąż, który już się nauczył, że na płaczliwy komunikat w telefonie zaczynający się od: „Piotrusiu, znowu pojechałam jak idiotka…” głosem terapeuty oznajmia: „Spokojnie, na pewno wrócisz jeszcze dziś do domu” i tłumaczy mi pięć razy, którą drogą mam jechać. Raz nie wystarczy. Komunikat z rodzaju „wjedź na A1 w kierunku na Łódź i potem zjedź na Bytom” w pierwszej chwili wydaje mi się oczywisty. Po kilku sekundach nagle okazuje się, że nie pamiętam, czy to była Łódź, czy może coś innego, i czy słyszałam „zjedź na Bytom”, czy może „nie zjedź na Bytom”. Z pewnością jest to jakaś głęboka wada genetyczna, bo ogólny iloraz inteligencji mam raczej w normie. Potrafię grać w chińczyka, napisać limeryk i obsługiwać nową stronę mBanku.
    Drugą protezą jest nawigacja w telefonie. Jest przydatna mimo tego, że ma nietypową wadę wymowy („za 200 metrów skręć w ulicę PiłsudzKEgo) i wybiera najbardziej zatłoczone drogi  albo remontowane mosty. Musi mnie bardzo kochać, bo już tyle razy wyzwałam ją od złośliwych podłych suk i kretynek, że na jej miejscu dawno bym zamilkła na wieki.  
    Trzecim sposobem na przeżycie, najbardziej zawodnym, lecz czasem niezbędnym, aby przeżyć w zdradliwym gąszczu ulic, jest pytanie przechodniów o drogę. Wprawdzie wiem doskonale, że moje możliwości zapamiętywania trasy przy dobrych wiatrach kończą się tuż za drugim skrzyżowaniem, ale zawsze pocieszam się, że za pierwszymi światłami mogę przydybać kolejnego przechodnia i ponowić pytanie. Zdarza się, że ten kolejny mówi coś zupełnie innego, albo machając ręką w prawo mówi „potem pani skręci w lewo” – wtedy tracę wiarę w ludzi, przystaję w jakiejś zatoczce i znów zaczynam przemawiać do nawigacji, tym razem czule.
    Ostatni sposób, ekstremalny, ale zaskakująco skuteczny, zdarzyło mi się zastosować raz w życiu. Kręciłam się wtedy po Rybniku, usiłując trafić do centrum handlowego. Perwersyjność sytuacji polegała na tym, że już trzeci raz trafiałam dokładnie w to samo miejsce, 2 metry od ściany rzeczonego centrum, jednak całe kilometry jednokierunkowych ulic od wjazdu na jego parking.  Zielona z bezsilności, biała z wyczerpania i czerwona ze zmęczenia uprosiłam jakiegoś miłego pana przechodnia, żeby wsiadł ze mną do samochodu i przeprowadził po tych cholernych jednokierunkowych, bo NAPRAWDĘ musiałam do tego centrum! Bardzo! Choć mimo najwyższych starań nie wyglądałam jak ponętna Włoszka, miły pan był chyba naprawdę miły, bo usiadł na siedzeniu pasażera i przebył ze mną całą długość rybnickich labiryntów. Być może użyłam słowa „błagam”, nie pamiętam, pamiętam, że byłam zdesperowana i chyba poczuł, że gdyby się nie zgodził, wciągnęłabym go tam siłą i skrępowała taśmą klejącą, zostawiając tylko jeden palec wskazujący do pokazywania kierunku.  
    . . .

    c.d.n.
    One Response
    Jej życie ze stylistką
1 2 3